Pierwsza Komunia św. i co dalej?


Po I Komunii św. zainteresowanie kształceniem religijnym dzieci jest mniejsze. Jeszcze może przed bierzmowaniem coś będzie się działo, ale najczęściej dorastający człowiek oprócz niedzielnej Mszy św. nie ma wielu powodów do zaglądania do kościoła. Czasem jakaś działalność jak chór, ministranci lub towarzyszenie babci pozwoli dziecku tam pójść i w dzień powszedni. Może ktoś zapytać: - A czy to potrzebne? Wystarczy pójść do kościoła w niedzielę i spełnić swój obowiązek. Można i tak podchodzić. Można jeszcze nie dostrzegać głębszej potrzeby obcowania z Bogiem. Nie odczuwać konieczności częstszej z Nim rozmowy - modlitwy. I nie starać się o pogłębianie wiedzy religijnej, wymijać się brakiem czasu, bo: doczesne sprawy są „ważniejsze”. Ale... jak długo? Jak długo człowiek jest w stanie sam sobie wystarczać i jednocześnie nazywać się katolikiem? Czy może odsuwać od siebie tak istotną sprawę, jaką jest zbawienie, w „nieskończoność”?
Skutkiem obojętności religijnej na pewno będzie dalsze osłabienie zainteresowania życiem Kościoła. Jeśli nawet pozostanie, to będzie przejawiało się ono raczej w jego krytyce, nie we własnym zaangażowaniu w życiu swojej parafii. A troska o jej rozwój wyda się kłopotliwa i zbędna. Człowiek, który nie pielęgnuje swojej wiary, łatwo też daje się pochłonąć złym światowym koncepcjom życia. Rodzice unikający pobożności, pociągają w swoje ślady dzieci. Kościół traktują jako instytucję i miejsce do „różnych obrzędów”.
Dorastająca młodzież po otrzymaniu sakramentu bierzmowania nie znajduje też nic ciekawego w bywaniu w kościele. Dla młodzieży tej kończy się edukacja religijna. Nie ma dla niej powszechnie zorganizowanych zajęć. Dobrze jeszcze, gdy sama trafi do jakiegoś ruchu oazowego. Jednakże pozbawiona fachowej pasterskiej opieki i nie aspirowana wartościowym przykładem, powiększać będzie grono ludzi obojętnych religijnie. I nic dziwnego, gdy coraz częściej kapłani będą mieli do czynienia już nie z „wierzącymi praktykującymi” lub nie - lecz spotkają nową kategorię parafian, którzy są niewierzący a praktykujący. „Tym właśnie zależy na opinii ludzkiej i ci są najtrudniejsi do nawrócenia się” - jak zauważył pewien ksiądz i zobrazował tychże ludzi w ten oto sposób:
„Żądania związane z udzielaniem sakramentów świętych są tym większe, im mniej rodzina uczestniczy w życiu parafialnym, w niedzielnej Mszy św., w nabożeństwach. Zainteresowani nie liczą się z przepisami władz kościelnych, czy pouczeniami katechizmowymi. Ważna tradycja, chociaż nie zawsze rozumiana i świadoma. Ważne, aby ludzie widzieli, aby był zewnętrzny splendor. Czasem rodzina chce na siłę wepchnąć do nieba tego, kto sam o zbawienie się nie starał. - Czyżby to były wyrzuty sumienia, że za życia mu nie pomogli w zbliżeniu się do Boga? Czyżby tym zewnętrznym splendorem chcieli naprawiać niedbalstwo? A gdzie modlitwa? Najtrudniej to wyjaśnić członkom rodziny żądającej od księdza prowadzenia pogrzebu, którzy przywiązują wagę do zewnętrznej oprawy, nie do ducha modlitwy. Pana Boga nie widzą, ale liczą się z opinią ludzi. Zapominają, że ludzie prawdziwie wierzący skupią się na modlitwie. Ludzie głęboko religijni nie mają żadnych żądań. Im wystarcza modlitwa płynąca z serca”.
Niewiele do tego można dodać. Słowa te raczej zapraszają do głębszej refleksji, że na naszą chrześcijańską rzeczywistość należy spojrzeć bardziej realnie. Gdy prowadzimy dzieci do kościoła, kiedy widzimy ich radość z pełnego uczestnictwa w Eucharystii - pozwólmy im wzrastać w duchu Bożym. Jednocześnie znajdźmy tam przystań i moc dla siebie, by przekazywać innym w gubiącym świecie, że życie bez Boga nie ma przyszłości!